PRZECHWYTYWANIE MIASTA


…w 1981 roku Volker Schlöndorff przybył do Bejrutu, żeby pracować nad filmem Die Fälschung. Akurat zaprzestano na jakiś czas działań wojennych i ogień został wstrzymany. Schlöndorff potrzebował jednak materiałów ukazujących walczących ludzi. Dzięki lokalnym kontaktom porozumiał się z partiami, które miały własne oddziały zbrojne, tzw. Militias, i poprosił, by zgodziły się zainscenizować walki na potrzeby filmu. Skontaktował się z 18 partiami, a w efekcie tych rozmów 15 z nich zgodziło się wziąć udział w przedsięwzięciu. Cała sprawa została nagłośniona przez media. Wiedziano, że tego a tego dnia w centrum miasta odbędzie się inscenizacja walk. Jednak wkrótce po rozpoczęciu zdjęć walczących poniosły emocje i zaczęli do siebie naprawdę strzelać. Walki toczono przez 3 i pół dnia, około 28 osób odniosło obrażenia, a 6 poniosło śmierć. To jedna z historii, które opowiadam, wcielając się w rolę przewodnika po Bejrucie.

Skąd u ciebie ta potrzeba odkrywania różnych tajemnic miasta i prezentowania ich nowo przybyłym? W Warszawie także mamy sporo osób rozmiłowanych w mieście, miasto może być odurzające. Z tobą też tak jest? Jesteś zadurzony?
Nie nazwałbym tego miłością. Kiedy masz do czegoś pasję, odczuwasz miłość, ale też czasem nienawidzisz tego. Akceptuję obydwa stany.

Można powiedzieć, że zawodowo jesteś osobowością wieloraką, miejskim przewodnikiem jesteś tylko czasami.
Z pewnością nie jestem przewodnikiem ani opowiadaczem historii, nie jestem urbanistą, architektem, dj- -em czy dziennikarzem ani pisarzem — i jestem wszystkim tym naraz. Jestem wielozadaniowy. Nie specjalizuję się w niczym, nie potrafię wykonywać żadnej z tych czynności aż do perfekcji. Ale umiem generować energię, żonglując tymi zawodami. To eksperyment. Eksperymentuję z samym sobą, wykonuję zadania, korzystając z różnych metodologii. Staram się wypracowywać metody inne od tych stosowanych przez typowych przewodników. Nie przekazuję ludziom faktów historycznych, dostarczam im bodźców, które rozbudzają ciekawość. Pochodzą one z historii o mieście, które opowiadam. Bez względu na to jak ważne czy estetyczne są dane elementy, jeśli nie posiadają narracji, nie stają się częścią miejskiego krajobrazu. Nie będą oficjalnymi narracjami, nie znajdą się w książkach od historii. To historyjki, które otaczają dane miejsce i coś o nim mówią.

W jaki sposób przechwytujesz historie, które ci potem służą jako budulec?
Mam dobrą pamięć. Żeby wychwycić dobrą historię, musisz dużo słuchać. Przede wszystkim korzystam z transportu publicznego. Transport publiczny w Bejrucie ma dwie formy. Są to autobusy albo wspólne taksówki i właśnie one są tu istotne. Tworzy się tam dostateczna intymność (4 osoby), aby ludzie zaczęli opowiadać historie, a warunki sprzyjają temu, żeby ich wysłuchać. Ludzie patrzą za okno i mówią. Wyłapuję różne elementy i składam je do kupy. Także wycieczka, którą przygotowuję, staje się interaktywną całością. Interesuje mnie wychwytywanie historii, komponuję z nich nowy twór w swój własny sposób. Koniec końców to nieważne, czy te historie są prawdą, czy kłamstwem. Prawda i kłamstwo nie istnieją w tym ujęciu. Jeśli potraktujesz to wszystko racjonalnie, uznasz mnie za patologicznego oszusta. Ale przecież wszyscy artyści i pisarze nimi są.

Miasta zazwyczaj i tak oplecione są sporą liczbą mitów.
Występuje w nich akumulacja mitów. Dotyczą nie tylko przeszłości, powstają nowe miejskie mity. W Bejrucie na przykład jest pewne miejsce na wzgórzu w bogatej dzielnicy. Któregoś razu zaczęły tam znikać psy. Pojawiła się plotka, że grasuje tam waran zwany smokiem z Komodo. I że to on pożera psy. Ta informacja pojawiła się nawet w lokalnych wiadomościach, ludzie szukali warana. Koniec końców, nawet jeżeli nie ma tam tego warana, to jednak dla ludzi on coś symbolizuje — bogactwo, chciwość…

W Polsce krąży podobna historia. Jakieś 20 lat temu spędzałam wakacje nad jeziorem Białym niedaleko Włodawy. Baliśmy się tego lata kąpać, bo rozeszła się wieść, że w jeziorze grasuje krokodyl. Słyszałam wiele wersji — że uciekł z zoo, że wypuścił go pewien Rosjanin… Spekulowano, gdzie się mógł ukryć, czy przeżyje zimę… W efekcie od tamtej pory w tamtym regionie corocznie obchodzi się dni krokodyla.
W Bejrucie też obecnie funkcjonuje historia dotycząca krokodyla. Krokodyl mieszka rzekomo u ujścia rzeki Bejrut, gdzie wyrzuca się resztki z okolicznej ubojni. Ten krokodyl nilowy mierzy podobno 4 metry. Ludzie zastanawiają się, czy na pewno jest tylko jeden, czy może całe stado. Historia nabiera kolejnych warstw. Ludzie puszczają wodze fantazji. Te historie mają jednak znaczenie, w jakiś sposób łączą się z rzeczywistością. Dla mnie nieważne jest, czy ten krokodyl istnieje, czy też nie. Fizycznie być może nie, ale istnieje w sposób metafizyczny.

W jaki inny sposób poza podróżowaniem taksówkami doświadczasz miasta, jak zderzasz się z teraźniejszym momentem?
To, o czym mówię, to doświadczenie dość specyficzne dla Bejrutu. Bejrut jest jak gdyby całością zbudowaną z licznych wiosek. Liban był krajem rolniczym aż do momentu, gdy zaczął się rozwijać w połowie XIX wieku. Wtedy ludzie zaczęli opuszczać wioski i osiedlać się w mieście. Takie procesy zachodziły na całym świecie. Jest jednak pewna różnica: w Polsce, jeśli pochodzisz ze wsi, możesz być oddalona od domu około 300 km, ale Liban to tak mały kraj, że zawsze znajdujesz się w odległości nie więcej niż pół godziny drogi od rodzinnej wioski. Tak naprawdę więc ludzie nigdy nie opuszczają swoich wiosek. Podróżują w tę i z powrotem, zawsze coś ze sobą przywożąc, a robią to na tyle często, że zachowują swoją tożsamość. Tak więc Bejrut to z jednej strony kulturowy tygiel, ale ktoś porównał go do fondue — wrzucasz do miski kawałki różnych serów, ale na końcu zamiast to wszystko zalać gorącą wodą, zalewasz zimną i sery się nie mieszają. Pozornie może ci się wydawać, że Bejrut to mieszanka kultur, ale te kultury nie są wymieszane. I tutaj nie chodzi o religię czy pochodzenie etniczne. Chodzi o wpływ tych pobliskich wiosek. Wędrując przez miasto — przemieszczasz się od przecznicy do przecznicy, ale odczuwasz to jak podróż od wioski do wioski. Doświadczasz coraz to innych miejskich pejzaży poprzez to, w jaki sposób ludzie żyją i poprzez ich interakcje. W Bejrucie zawsze znajdujesz się w odległości 50 metrów od czegoś radykalnie innego. To niewiarygodne doświadczenie dla oczu, uszu, nosa. Nie zawsze przyjemne. Czasem jest zbyt głośno, zapach jest zbyt ostry, to może być przytłaczające. Bejrut jest bardzo duży w odniesieniu do całego kraju. Ma 40 km szerokości i 15 km długości, ciągnie się wysoko w góry. Nawet jeśli samo centrum miasta jest nieduże, cały teren podmiejski zajmuje obecnie 1/3 kraju, zamieszkuje go 2,5 miliona ludzi, podczas gdy populacja kraju to 4 miliony. Dlatego chodzenie pieszo to bogate doświadczenie. Mówi się, że strefa komfortu osoby chodzącej pieszo to promień długości 800 metrów. Doświadczenie pieszych wędrówek jest dla mnie wystarczająco bogate, by pozwalać mi marzyć i tworzyć.

Jesteś jednym z autorów alternatywnego przewodnika po Bejrucie. Co to za przewodnik? Jakiego typu wiedzy czy doświadczeń można się po nim spodziewać?
Została tu zastosowana metodologia i doświadczenie, które określiliśmy nazwą: Never Walk Alone the Planet, co od razu daje ci podpowiedź, żeby nie spodziewać się tego, co może ci oferować Lonely Planet.

Co w takim razie jest w środku?
To książka, która zawiera krótkie miejskie nowele, ubrana w formę przewodnika skierowana do młodych odważnych podróżników z XXI wieku. To sprytny przepis, który pokazuje, jak łowić ryby, ale nie podaje informacji, gdzie dokładnie ryby się znajdują. Cały kontekst Bejrutu jest trudny do uchwycenia nawet dla lokalnych mieszkańców, a co dopiero dla nowo przybyłych. Nasz przewodnik jest dokumentem, który daje ci spojrzenie na wnętrzności miasta, jego wewnętrzne napędy, ukazując szerokie spektrum stylów życia i sztuki.

W jaki sposób udało ci się sfinansować ten przewodnik? I jak w ogóle radzisz sobie z finansowaniem projektów artystycznych?
Nie żyję w kraju, który wspiera aktywności artystów. Dlatego sam siebie muszę wspierać. Muszę wykonywać pracę, która wygeneruje dochód, a potem wykonać pracę, która przyniesie mi satysfakcję. Jednak ten przewodnik został sfinansowany poprzez serię ciekawych zrządzeń losu. Niemal wszystko, co robię, jest wynikiem szczęśliwych zrządzeń losu. Wiem jednak, że dobre rzeczy zdarzają się tym, którzy ich szukają. Wraz z grupą ludzi w Bejrucie szukaliśmy sposobu na sfinansowanie naszych projektów. Mieliśmy w planach kilka działań związanych z przestrzenią publiczną — chcieliśmy otworzyć hostel, chcieliśmy też dokonać rehabilitacji publicznego placu zwanego placem Męczenników. Skontaktowała się z nami organizacja z Amsterdamu (the Prince Claus Fund PCF), która chciała z nami współpracować, bo posiadała fundusze przeznaczone na ten region. Aplikacja wymagała, by przedstawić w niej propozycje trzech projektów, przy czym sfinansowany miał być tylko jeden z nich. Mieliśmy dwa pomysły, więc trzeci z nich wymyśliliśmy na potrzeby aplikacji — był to pomysł alternatywnego przewodnika po Bejrucie. Trzy miesiące później zadzwoniono do nas i dowiedzieliśmy się, że przyznano nam fundusze właśnie na przewodnik. W pracy nad nim skorzystaliśmy z metod badawczych oraz warsztatowych. Warsztaty służyły jednak nie, jak często bywa, do generowania pomysłów, ale produkowania treści.

Od tamtego momentu powstały przewodniki po innych miastach, w planach macie również przewodnik po Warszawie. Jak przebiegają prace nad takim przewodnikiem? Czy jest tworzony przez mieszkańców czy ludzi z zewnątrz?
Tak, powstały przewodniki po innych miastach — po Amsterdamie, trwają prace nad przewodnikiem po Tokio, planujemy wydać przewodnik po Teheranie. Gdy pracujemy, 1/3 osób w zespole to ludzie z zewnątrz, a 2/3 to mieszkańcy lokalni, ale mogą być przybyli jakiś czas temu cudzoziemcy. Mam zamiar wrócić do Polski w przyszłym roku we wrześniu i wtedy wziąć udział w pracach nad przewodnikiem po Warszawie. Przybliżę pokrótce, jak przebiega taki proces: wszystko trwa od 8 do 12 miesięcy, w pierwszym warsztacie wstępnym bierze udział od 8 do 10 osób, ja i Christiaan Fruneaux ze Studio Beirut oraz osoby z danego miasta (architekt, historyk, socjolog, filmowiec, ilustrator, grafik). Wszyscy wspólnie wypracowują tematy i metodologię. Dwa miesiące później ma miejsce drugi warsztat z udziałem 35–40 osób i jest to warsztat, podczas którego wyłaniają się ostateczne treści. Grupa jest dzielona na 4–5 podgrup i pracuje pod okiem członków z grupy wydawniczej przez kolejne 6 tygodni. Następnie materiał poddany jest edycji i trwają prace nad formą — dizajn, grafika. A jeśli chodzi o wątki, to mottem przewodnim będzie zdanie: never walk the same paths again (czyli nie chodź dwa razy tą samą ścieżką), obraz Warszawy wyłoni się poprzez pomieszanie miejsc, do których ludzie nigdy nie chodzą, z ważnymi miejscami w przestrzeni publicznej. Na razie tyle, więcej powiedzieć nie mogę.

Przez jakiś czas mieszkałeś w Berlinie, często podróżujesz do Europy. Mówiłeś, że lubisz doświadczać przepływu energii, radykalnej zamiany atmosfery. Gdy tak podróżujesz miedzy Zachodem i Wschodem, na pewno pojawiają się nagłe zamiany w doświadczeniu mentalności czy emocjonalności, jak podczas twoich spacerów po Bejrucie…
Co do emocjonalności, tu na Zachodzie, gdy umiera członek rodziny, emocje nie są takie widoczne. Na Wschodzie to bardzo emocjonalny moment. Ale kiedy coś się wydarzy w przestrzeni publicznej, powiedzmy dojdzie do eksplozji, reakcje ludzi, to, że zaczynają gromadzić się w danym miejscu, kładą tam kwiaty, w jakiś sposób je upamiętniają, to wszystko jest bardzo emocjonalne w przeciwieństwie do reakcji na Wschodzie, gdzie ludzie myślą sobie: no tak, kolejna eksplozja. Ta emocjonalność, która znika w jakimś punkcie, pojawia się w innym. Moja piesza podróż do Bejrutu, którą zacząłem za granicą, pozwoliła mi przemyśleć wiele spraw. Mentalnie czuję się głęboko zakorzeniony na Wschodzie, mam też wiele doświadczeń kompatybilnych z doświadczeniem europejskim. Potrzebuję obydwu tych stron. Próbuję dzielić mój czas, nie tracąc radykalnie kontaktu z żadną z nich, szukam mojego własnego sposobu istnienia.

Rani al Rajji
 – architekt, urbanista, projektant, wydawca, pisarz, przewodnik, aktywista. Założyciel i członek grupy Studio Bejrut, libańsko-holenderskiej platformy, która od 2006 roku promuje przestrzeń publiczną jako wspólną płaszczyznę działań ludzi żyjących na miejskich terenach postkonfliktowych. Zaproszony przez Air Laboratory CSW Zamek Ujazdowski na rezydencję w Warszawie. www.studiobeirut.com

Korzystając z serwisu internetowego Fundacji Bęc Zmiana wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Pliki cookie możesz zablokować za pomocą opcji dostępnych w przeglądarce internetowej. Aby dowiedzieć się więcej, kliknij tutaj.