- DO WIDZENIA -NIE MA ZA CO

 <<< Honorata Martin: Zimno, kadr z wideo

W sztuce nie przebieram w środkach, zazwyczaj forma jest podporządkowana przekazowi, który bywa niewygodny. Dominuje wątek szukania granic wytrzymałości psychicznej, fizycznej i emocjonalnej.  Chciałabym nie tyle naprawić świat, co powstrzymać go przed rozkładem, co nie jest oryginalne, ale nie każdy się do tego przyznaje. O nieznajomych, chodzeniu bez celu, ćwiczeniu intuicji i niestawaniu do walki, z artystką Honoratą Martin rozmawia Ela Petruk.

 

Skąd się bierze i na czym dokładnie polega twoja fascynacja ludźmi? To, co robisz polega przede wszystkim na testowaniu ludzkich zachowań w wykreowanych przez ciebie, nieco dziwacznych sytuacjach oraz na konfrontowaniu się z nimi.  

Rzeczywiście często  wracam do tego typu działań. Wyjście w Polskę jest tego ostaniem dowodem. Chociaż na początku, przed „wyjściem” założyłam, że będę badać ludzi raczej w ich naturalnych, codziennych sytuacjach i rytuałach. Chciałam być jak Jane Goddall  badająca szympansy. Jednak brak poczucia bezpieczeństwa, specyficzny dyskomfort odczuwany w takich sytuacjach kazał skupić mi się bardziej na moich odczuciach niż obiektywnych spostrzeżeniach. Fascynuję się ludźmi z bardzo prostej przyczyny, bo sama jestem człowiekiem, żyję wśród ludźmi we wszystkich możliwych zależnościach. Sztukę robię dla ludzi, w tym również dla siebie. Moje życie czy nawet śmierć zależy głównie od ludzi, ich zachowań, myśli, idei, decyzji. W swoich pracach pokazuję, jak postrzegam różne rzeczy, ale też zadaję pytania o to, jak inni je widzą. Dzięki temu, że często jest w nich przestrzeń dla uczestnictwa innych, te prace nie są martwe, ludzie mocniej je odbierają. To, czy zareagują na daną sytuację, zależy tylko od nich.

Kilka lat temu na zaproszenie tancerki Uli Zerek, wzięłam udział w festiwalu Narracje, zrealizowałyśmy jeszcze z dwoma muzykami z Niemiec wspólnie projekt. Zbudowałyśmy małą domową przestrzeń, biały pokój w wielkiej, zimnej zajezdni tramwajowej, trochę nawiązujący do szpitala, który kiedyś stał obok. Przez 3 dni, codziennie przez kilka godzin powtarzałyśmy zwykłe domowe czynności. Z każdą godziną było nam coraz zimniej, byłyśmy coraz bardziej brudne i trochę żałosne. Kilka lat później słyszałam jakąś rozmawiającą parę. Chłopak mówił, że niedługo będą Narracje a ona na to: „ach tak! ten festiwal, byłam, pamiętam  jakieś dwie laski, masakra, w takim zimnym hangarze,  jedna chyba była boso, dała mi jakieś pieczone ciasteczko, co to było, masakra jakaś”. Z wielkiego festiwalu, który głównie opiera się na wielkoformatowych projekcjach i opanowuje pół miasta ona zapamiętała dwie dziewczyny w zajezdni tramwajowej i ciasteczka. Może stało się tak dlatego, że ona weszła do tego pokoju, była w środku i uczestniczyła, nie tylko oglądała. A może dlatego, że po prostu zobaczyła dwie wariatki (śmiech).

W swoich pracach badasz granice praktyk współdzielenia i uspołeczniania, ważnymi ich elementami są pomaganie, ofiarowywanie oraz wynikające z tych relacji zależności. Przykładem może być praca Przyjdź, weź co chcesz albo ta, w której przeprowadzałaś  na własną rękę remont podupadłej kamienicy. Dlaczego ważne jest budowanie relacji wzajemności w kontaktach z zupełnie obcymi ludźmi, których już pewnie nigdy nie spotkasz?

To się zaczęło wcześniej, podczas instalacji w starym domu towarowym, na dwa miesiące przez zburzeniem tego budynku. Rozdałam wtedy najważniejsze dla mnie ubrania, te, które wiązały się z jakimiś historiami. Do każdej rzeczy dołączona była kartka z opisem. Przez kilka godzin nikt nie chciał ich ruszyć, ludzie przychodzili, czytali i odchodzili. W pewnym momencie ktoś odważył się wziąć jedną rzecz i w ciągu kilki następnych minut wszystkie zniknęły. Myślę jednak, że w tej pracy paradoksalnie więcej dałam sobie niż komuś. Oni dostali stare, choć ładne, szmaty, ja trochę powietrza w szafie i w głowie. Interesuje mnie chęć pomagania, ale może nawet jeszcze bardziej fascynuje mnie chęć posiadania. Ile rzeczy mamy, a ile chcielibyśmy mieć. Niesamowita jest też dla mnie siła manipulacji, jak łatwo możemy uwierzyć, że czegoś potrzebujemy, że trudno nam bez tego żyć. Chcemy uświęcać innych, kanonizować, wierzyć w cuda,  chcemy zabierać bogatym i oddawać sobie, chociaż nasz standard życia wciąż rośnie. Na przykład dyskutujemy o przewadze wiatraków nad elektrowniami atomowymi czy węglem, a przecież trzeba przede wszystkim zmniejszyć wydatkowanie energii.

Zastanawiam się, czy masz jakaś granicę, której nie przekroczysz w tym sprawdzaniu siebie i innych? Czy istnieje sfera, której nie dotkną twoje działania?

W mojej sztuce nie przebieram w środkach, zazwyczaj forma jest podporządkowana przekazowi, który zmusza do refleksji i bywa niewygodny. Często pojawia się wątek szukania granic wytrzymałości psychicznej, fizycznej, emocjonalnej.  Prowokuję odbiorców, by zobaczyli się takimi, jakimi są, a nie jakimi chcą się widzieć. Chciałabym nie tyle naprawić świat, co powstrzymać go przed rozkładem, co nie jest oryginalne, ale nie każdy się do tego przyznaje. Raczej nie wyobrażam sobie, żebym naruszyła czyjąś prywatność bez pozwolenia. Zauważ, że to zazwyczaj siebie stawiam w najmniej komfortowej sytuacji. Jeśli wchodzę do wózka dziecięcego, to nie każę siebie dotykać i nie nagrywam tego z ukrycia. Wchodzę tam, żeby zbudować jakąś atmosferę, dopełnić instalacje, wprowadzić pierwiastek niepokoju. Jeśli do końca nie wiesz, o co chodzi, częściej zaczynasz się zastanawiać, szukać. Ostatnio student pokazał nam zdjęcie muralu z napisem: „Jeśli nie wiesz, o co chodzi, to się kurwa dowiedz”. Lubię obserwować, czego ludzie w moich pracach szukają, w jaki sposób próbują się dowiedzieć, co tam znajdują. Ja nie wchodzę w interakcje w sensie rozmowy – jak w projekcie z wózkiem, czy jak w leżeniu w worku w obrazie 3d – i już to prowokuje widzów, żeby sami poszukiwali odpowiedzi. Taki sposób działania często oznacza według nich przyzwolenie do traktowania mnie rzeczowo. Jeśli ktoś przekracza czyjeś granice, to pan, który mnie kołysze czy ściąga koc i to są moje granice. Myślę, że moje prowokacje są subtelne. Nie staję do walki, a raczej zamieniam się w słuch, z dystansem i szacunkiem do ludzi. Nie mam intencji sięgania tylko do mrocznych części ludzkiej osobowości, interesuje mnie całość. W ostatniej pracy Wyjście w Polskę  oczekiwałam pomocy i najczęściej ją dostawałam. To ludzie bardziej chcieli mi pomagać, niż cokolwiek ode mnie dostać, a uporczywie powtarzałam, że jestem malarką i że z przyjemnością odwdzięczę się swoimi umiejętnościami albo jakąkolwiek inną pracą.  To, co dostawałam w relacjach człowiek-człowiek było dla mnie najważniejsze. Wracając do twojego pytania, nie wyobrażam sobie, bym tę samą pracę zrealizowała z założeniem, że szukam prowincjonalności czy głupoty. Tak samo nie wyobrażam sobie, żebym nagrała coś, co mogłoby w jakikolwiek sposób naruszyć czyjąś intymność.

Mam wrażenie, że łączysz w sobie dziecięcą naiwność, wrażliwość i zagubienie z bardzo dojrzałą determinacją, pewnością, odwagą, samoświadomością i konsekwencją. Jest to przede wszystkim widoczne w tym, jak opowiadasz o swojej twórczości. Jakbyś sama starała się ją na nowo zdefiniować, przypomnieć sobie, o co właściwie chodziło, po co ja to robiłam, co jest prawdą, jakbyś czuła bezradność wobec własnej pracy i doświadczenia, a jednak twoje projekty mają wspólny mianownik, są spójne i konsekwentne.

Zazwyczaj, jak pracuję nad nowym projektem to otaczam się lekturami, szukam inspiracji, zeszyty zapełniam stronami pełnymi wniosków i przemyśleń, a kończę prostą pracą, będącą konsekwencją poszukiwań, w której tak naprawdę najbardziej zawierzam swojej intuicji. W pewnym momencie decydujące jest to, co nie do końca potrafię nazwać, zresztą intuicja z samej definicji jest działaniem podświadomym, jednak bazuje na wcześniejszych doświadczeniach, wiedzy. Słyszałam, że intuicję można ćwiczyć, więc chyba ja ją bardzo mocno ćwiczę.

Twój najnowszy projekt Wyjście w Polskę to samotna, piesza podróż z Gdańska do Wrocławia. Dlaczego w ogóle zdecydowałaś się wyruszyć?

Kilkakrotnie próbowałam już odpowiedzieć na to pytanie. Teraz może krótko podsumuję: nie wiem ( śmiech), a tak szczerze to było kilka powodów, po pierwsze chciałam się zderzyć z mitem wolności, zrealizować  marzenie wielu o wyjściu bez niczego, nie wiadomo gdzie. Po drugie – albo po pierwsze, kolejność przypadkowa – chciałam, żeby praca zrobiła się sama, chciałam zobaczyć, co wyniknie jeśli nie przywiążę się do żadnych założeń, odrzucę oczekiwania. A po trzecie, myślałam, że może odrzucając wszystko, co stanowi o mnie jako osobie w społeczeństwie, będę mogła spojrzeć na ludzi z dystansu, obiektywniej.

I co udało się, wyszło jak chciałaś? Jak to wyglądało?

Wszystko trwało około 1,5 miesiąca. Dotarłam do Wrocławia. Dokładnie doszłam do galerii BWA Awangarda. Więc jeśli bardzo brakuje nam celu, możemy powiedzieć, że to była swoista pielgrzymka. Galeria sztuki współczesnej była moim sanktuarium. Wcześniej wszyscy razem w ramach projektu Kurator Libera byliśmy na jednodniowej pielgrzymce na górę Ślęża, która była ośrodkiem pogańskiego kultu solarnego od epoki brązu aż do X-XI wieku, czyli początków chrystianizacji. Z Wrocławia poszłam jeszcze kawałek, przechodziłam w koło górę Ślężę, więc jak widzisz wszystko jakoś się łączy. Co do samej podróży, to zawsze dobrze mi się szło rano, tak do godziny 15-16, potem zaczynałam myśleć o tym, gdzie dziś będę spała. Z początku kilka nocy spałam na dziko, ale nie  mogę powiedzieć, że to był dobry sen.  Chyba drugiej nocy schowałam się między młodymi brzózkami, myślałam, że to świetne miejsce, że jestem całkowicie ukryta, a tu nagle ok.21, jak już zasypiałam, dwa metry ode mnie, za krzakami słyszę, jak dwóch mężczyzn klnie na grzybiarzy, że już kurwa wyleźli. Wolałam więc potem, żeby ludzie wiedzieli, że śpię na ich terenie. No i wtedy zaczęło się kombinowanie, tych spytam, nie, lepiej tych, i szłam póki nie zaczynało się ściemniać, a ja zaczynałam się stresować. Przedziwne, jak trudno było mi pukać do drzwi, choć z czasem coraz łatwiej, a na samym końcu już w ogóle nie miałam z tym problemu.

Na początku wędrówka nie miała określonego kierunku, on pojawił się pod wpływem niemożności podróżowania bez celu. Dlaczego takie chodzenie bez konkretnej destynacji staje się niemożliwe?

Właściwie to sama nie wiem, to była dla mnie nowość. Paraliżowało mnie to jakoś. Wszystko było bez sensu, nawet to, że ma być bez sensu stawało się bez sensu. Chciałam wiedzieć, czy  mam iść w lewo, nawet jeśli nie miałam pojęcia, co tam jest po lewej stronie. Potrzebowałam jakiegokolwiek impulsu. Przecież ten Wrocław nie miał większego znaczenia, nie miałam pojęcia przez co wiedzie trasa, co będzie za zakrętem tym i następnym. Szłam tak, jak radzili mi ludzie. Mówiłam tylko, że chciałabym ominąć większe miasta i drogi krajowe i najlepiej wojewódzkie też, choć to nie zawsze wychodziło. Szłam przez pola, lasy, między zrujnowanymi PGRami. Takie skróty na około. Czasem ktoś koniecznie chciał, żebym szła przez jakąś wieś a nie inną, więc nadrabiałam te drobne 20 km. Gdybym sobie powiedziała, że idę cały czas prosto, to też byłby jakiś cel. Potem chciałam zmienić trasę, iść zupełnie gdzie indziej, nie tam, gdzie ludzie mnie kierowali „na Wrocław”. Zdarzało się, że tak robiłam, ale w końcu w rozmowie z następnymi spotkanymi osobami znów wracałam do tego Wrocławia.. Może po prostu zaliczyłam fiasko. Poległam. Może powinnam spróbować jeszcze raz wyjść całkowicie bez celu. A może największym osiągnięciem dla siebie samej było to, że skonfrontowałam się z moim wyobrażeniem o sobie, o wolności, o swoich potrzebach. I wiesz co, już wcale nie mam ochoty wychodzić przed siebie (śmiech).

Czujesz się po tym wszystkim innym człowiekiem, może odważniejszym, bardziej pewnym siebie? Możesz powiedzieć, że znasz samą siebie lepiej? Czy w ogóle możesz powiedzieć o sobie cokolwiek nowego?

Znam siebie lepiej o tyle, o ile każde nowe doświadczenie uczy nas czegoś o sobie. Pod koniec napisałam do Zbyszka Libery smsa, nie pamiętam dokładnie treści, ale sens był taki: „Niczego już właściwie się nie boję, zaczynam czuć się jak na wakacjach, nie wiem, czy to początek czy koniec”. Stwierdziłam wtedy, że jednak koniec. Mogłabym pewnie zobaczyć, co będzie dalej, ale po prostu byłam już zmęczona i trochę zaczynałam się nudzić.

Jakie były twoje największe obawy? Wyobrażam sobie, że to musi być bardzo ciężkie przeżycie taka ciągła zależność od innych, brak poczucia bezpieczeństwa, konieczność przełamywania barier, własnego strachu i nieufności innych.

Mam problem z proszeniem ludzi o pomoc, wiedzą to wszyscy z mojego otoczenia. Bywam nieznośnie dumna.  Jestem idealnym przykładem Zosi samosi. A może właściwie byłam? Bo tak, jak już wcześniej powiedziałam, pod koniec spaceru nie miałam żadnych oporów z pukaniem do drzwi.

A te momenty, kiedy powtarzałaś „muszę stąd spierdalać, muszę spierdalać”, to w końcu spierdoliłaś?

Spierdoliłam. Dlatego doszłam aż do Wrocławia, a właściwie do Dzierżoniowa, a przecież tego nie zakładam, nawet jak już cel Wrocław został wyznaczony, to nie planowałam, że tam dojdę, chodziło tylko o jakikolwiek wyznacznik drogi. Wtedy, kiedy powstał rysunek „Muszę stąd spierdalać” chodziło akurat o las w okolicach dużego jeziora i domków letniskowych. Z tym wózkiem byłam tam jeszcze bardziej odklejona od rzeczywistości niż gdziekolwiek indziej, coś tam krzyczeli do mnie zza ciemnych szyb, puszeczki z okien leciały, poszłam dalej. Szybko poszłam.

No ale mimo strachu i tych wszystkich obaw pokładasz chyba jednak duże zaufanie w ludziach,  decydując się na oddanie swojego losu w ręce nieznajomych – na taką zależność od ich chęci pomocy, ich dobroci.

Chyba tak. Raczej należę do tych osób, które najpierw lubią, najwyżej potem się zawodzą. Może to jest też ta oznaka dziecięcej naiwności, o której wspomniałaś. To się też chyba wiąże z otwartością, próbą odczytywania każdej osoby na nowo, bez przywiązywania się do stereotypów, co oczywiście nie zawsze jest możliwe, ale chyba warto dać sobie i innym szansę.

W filmie było słychać, jak się modlisz, to pomagało?

Kiedy spytałam jedną wspaniałą kobietę, która bardzo mi pomogła, jak mogę się jej odwdzięczyć, powiedziała, żebym zmówiła dziesiątkę różańca, więc to zrobiłam. Ja nie wierzę, ale ona tak, zrobiłam to dla niej. Mnie nie pomogło, raczej wprowadziło w lekko paranoiczny stan. Długo szłam sama, z nikim nie rozmawiałam, wtedy przypomniałam sobie o obietnicy. Mówienie w kółko tego samego na głos jeszcze bardziej wzmogło poczucie osamotnienia. Do tego w dzieciństwie dużo się modliłam, prawie codziennie za coś przepraszając, może dlatego kojarzy mi się to z powracającymi wyrzutami sumienia. Teraz myślę, że wzbudzenie strachu i poczucia winy są najskuteczniejszymi narzędziami manipulacji.   

Były takie miejsca lub ludzie, gdzie chciałaś zostać na dłużej albo takie, z których od razu chciałaś uciec? Mówiłaś, że nie zawsze miałaś ochotę się zaprzyjaźniać i korzystać z gościnności.

To jest jak w życiu, na co dzień, niektórych lubimy, innych mniej, do niektórych sklepów wracamy, choć mają trochę drożej, a inne omijamy z daleka. Zacznijmy od tego, że często w ogóle się  nie zatrzymywałam, tylko lazłam dalej, mimo zmęczenia, bo nigdzie nie czułam się na tyle dobrze, żeby starać się „zaprzyjaźniać”. Byli natomiast tacy ludzie, z którymi tak się zżyłam, że wyjście od nich, było trochę jak zaczynanie wszystkiego od nowa.

Jak się czułaś jako obiekt zainteresowania tych wszystkich ludzi? Pozwalałaś im się tak naprawdę poznać czy zachowywałaś dystans, przybierałaś jakieś pozy, kreacje, byłaś na siłę miła, szłaś na wymuszone kompromisy?

To działało w obie strony, dystans był przełamywany jeśli dwie osoby się na to godziły. Choć jasne, że ja raczej odpowiadałam, a inni pytali. To, że szłam sama, nie wiadomo do końca gdzie, z dziwnym wielkim wózkiem, to było już jakąś kreacją, ale po za tym nie wchodziłam w żadną ról. Myślę, że byłam szczera, co nie znaczy, że mówiłam wszystko. Z reguły bywam też miła, więc jakoś nie musiałam się do tego zmuszać, oczywiście to ja byłam gościem, nie dyktowałam zasad  raczej je przyjmowałam.

A masz jakieś generalne przemyślenia na temat specyfiki polskiego społeczeństwa, pojawiały się w filmie teksty o celowości i tym magicznym „sensie życia”, wyciągnęłaś z tej wędrówki konkretne wnioski?

Co do specyfiki polskiego społeczeństwa to przypomina mi się pewna historia. Jedynym dużym miastem, w którym się zatrzymałam było Gniezno. Dobrze trafiłam, bo zepsuł mi się wózek. Pierwszym człowiekiem, którego tam spotkałam był Pakistańczyk, bardzo przejął się moją sytuacją i choć była niedziela, to pukał ludziom do okien i mówił, że przecież muszą mi pomóc. Ludzie patrzyli na mnie z tym wózkiem, a potem na niego i zamykali okna. Na szczęście nie wszyscy, znaleźli się też bardzo pomocni. Ale mój nowy kolega cały czas powtarzał, że Polacy są bardzo niesympatyczni i niekoleżeńscy. Trochę nas broniłam, mówiłam, że jest niedziela, że u nas raczej ludzie w ten dzień nie pracują, a po za tym to w ogóle są bardziej zamknięci w sobie, mają inny temperament. Opowiadałam z jaką gościnnością spotkałam się na wsi, ale potem trochę spuściłam z tonu, bo wyobraziłam sobie, że idę przez polskie wsie z Pakistańczykiem u boku… Może tak powinien wyglądać mój następny spacer? W Gnieźnie wylądowaliśmy u świetnego faceta, pana Mariusza z pizzerii, który razem z siostrzeńcem majstrowali przy wózku, a przy okazji zabawiali nas opowieściami. Potem już sama poszłam do fachowca od rowerów, który wymienił ośkę. Bardzo fajny, interesujący facet  i on też, choć nie wiedział, że cały dzień spędziłam z chłopakiem z Pakistanu, żalił się, że Polacy to rasiści i antysemici. Nie wiem, czy coś rozumiesz z mojego kluczenia. Chodzi mi chyba o to, że ciężko mówić o kondycji polskiego społeczeństwa, jeśli patrzę z jednej perspektywy. Jestem w konkretnej sytuacji, jestem samotną, raczej bezbronną dziewczyną oczekującą pomocy. Poznaje ludzi tylko na chwilę, wpadam do ich życia i wypadam następnego dnia, ewentualnie po dwóch, maksymalnie trzech dniach. Mogę powiedzieć, że poznałam trochę świetnych, ciekawych ludzi, którzy mi pomogli. Nie zetknęłam się  z jakąś straszną biedą i zaniedbaniem, ale też nie mogę powiedzieć, że tego nie ma. Tak jak nie widziałam też żadnego bezdomnego psa, chociaż byłam na tym punkcie przewrażliwiona, a podobno w Polsce jest ich mnóstwo. Nie stałam się nagle specjalistką od Polski, nie prowadziłam obiektywnych badan socjologicznych.  Co do sensu, to zwróciłam uwagę na życie w rodzinie, troszczenie się o najbliższych. To był najczęściej główny temat moich rozmów z ludźmi, nie jakaś wielka polityka czy wyższe idee. Ale z drugiej strony, spotykałam pijanych tatusiów na każdym kroku, pod sklepem od 6 rano. Odniosłam takie wrażenie, że ci, którzy mieli pracę, posiadali ziemię, czuli się na tym polu spełnieni, najczęściej ciężko harowali, dla nich byt rodziny był  priorytetem. Niestety ci, którzy mieli niespełnione ambicje, nie potrafili się odnaleźć, niewiele posiadali, przepijali, podejrzewam większość budżetu rodzinnego pod sklepem, a żony wołały Ich na obiad. Tutaj też małżeństwo było raczej instytucją definitywną. Krajało mi się serce, jak widziałam zadbaną około 10 letnią dziewczynkę, która prosiła bardzo niezadbanego i ostro pijanego tatę, żeby nie szedł środkiem ulicy, bo go zaraz coś przejedzie, martwiła się, prawie płakała.  Przejęła odpowiedzialność za niego. A co do  wniosków dotyczących sensu mojego życia, to te, które wtedy miałam, w tamtej konkretnej sytuacji, zmieniły się, kiedy wróciłam do domu, i zmieniają się właściwie na bieżąco. Jednego dnia chciałabym założyć rodzinę, mieć dzieci, a drugiego dnia zostawić wszystko i samotnie polecieć do Bangladeszu, albo nie, może do Nowego Yorku (śmiech). Czasem sztuka jest dla mnie najważniejsza, a czasem jej nienawidzę, chcę to rzucić i zatrudnić się w biedronce, choć pewnie i z tego zrobiłabym jakiś projekt (śmiech). To był chyba pierwszy raz w moim dojrzałym życiu, kiedy naprawdę mocno tęskniłam. Brakowało mi domu, bliskich. Codziennych drobnych rytuałów. Zdałam sobie chyba sprawę, że lubię swoje życie i nie wiele więcej potrzebuję.

Powiedziałaś, że po zakończeniu tego projektu czułaś się zażenowana całą tą dokumentacją, nie chciałaś tego pokazać, właściwie dlaczego? Słuchając tych twoich obaw, że ktoś tam chce cię zabić czy coś, trochę miałam wrażenie, że dramatyzujesz i przesadzasz. Przecież nie jesteś sama w obcym kraju dotkniętym wojną czy terroryzmem, gdzie nie znasz zwyczajów, języka, tylko na naszej pięknej polskiej wsi, masz ze sobą telefon, rozmawiasz z chłopakiem albo tatą, znajomi wiedzą, gdzie cię szukać. Z drugiej strony myśląc o tym, siedziałam bezpiecznie przed komputerem… To tego strachu tak się wstydziłaś?

Jak oglądasz filmy dokumentalne z rodzaju człowiek w dzikim lesie, to tam często jest taka formuła, że koleś do małej kamerki, niby z ukrycia, na bieżąco mówi, co myśli, jak się czuję. Tak gada o zagrożeniach i o tym, co obserwuje. U mnie było trochę podobnie, ja po prostu na gorąco mówiłam, jak się czuję. Spróbuj zrobić sobie taki eksperyment i niech dyktafon będzie twoim jedynym przyjacielem w wędrówce po nieznanej dzielnicy, gdzieś na peryferiach, nocą i mów mu tak szczerze, co myślisz. Swego czasu sporo jeździłam po świecie i zawsze tak miałam, że wszędzie czułam się dobrze. Pamiętam, jak z ówczesnym chłopakiem jeździliśmy po Mongolii całkowicie na dziko, spotkałam wtedy dziewczynę, która przemierzała ten kraj sama na rowerze. Wtedy pomyślałam, że też tak bym chciała, że spokojnie bym mogła. Dzisiaj nie jestem już tak pewna siebie. Dopiero teraz doceniam siłę bycia z kimś, gadania o bzdurach, żartowania. Myśli lecą wtedy w inną stronę. Do tego turyści za granicą zawsze się gdzieś tam spotykają i nawet jeżdżąc samemu, najczęściej się grupują. Myślę sobie też, że nie znając języka, o dziwo, często czujemy się bezpieczniej, nie znamy zagrożenia, wszystko jest bardziej egzotyczne i mamy skłonność do upiększania. Będąc dwa razy w Indiach po 3 miesiące, nigdy się nie bałam. Byłam co prawda z chłopakiem, ale często chodziłam sama na przykład w górach, do wsi na dół do sklepu w nocy. Byłam na tyle naiwna, że po powrocie do kraju rozwodziłam się nad bezpieczeństwem w Indiach. Niestety ostatnie informacje o gwałtach sprzedają drugą prawdę. Inną rzeczą jest, że za granicą zawsze jest cel – zwiedzenie, zobaczenie czegoś nowego, tak też traktują cię ludzie. A tu, Polka w Polsce centralnej, z dala od turystycznych obszarów, idzie powiatową drogą, na pewno nie zwiedza, z pielgrzymką też nie idzie, czego ona w ogóle chce.

Powiedziałaś kiedyś, że twój projekt polegający na samodzielnym odmalowaniu zniszczonej kamienicy, o bardzo złej reputacji, wyznacza kierunek twoich dalszych działań. A teraz co go wyznacza?

No tak, 4 lata temu rzeczywiście wyznaczał. Teraz pracuję nad czymś zupełnie innym. Trochę abstrakcyjną ideą stworzenia portretu boga małpy. Jest to inspirowane badaniami z zakresu prymatologii. To projekt w założeniu bez końca, opierający się tylko na ciągłych próbach.  Początek tej historii tkwi jeszcze w mojej podstawówce, kiedy chciałam połączyć silną wiarę katolicką z teorią ewolucji. Wierzyłam wtedy, że Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo. Nie wiadomo jak długo tworzenie świata trwało, więc Bóg mógł stworzyć człowieka jeszcze jako małpę, a to że się z czasem zmieniliśmy i rozwinęliśmy, uważałam za normalne. Mojej nauczycielce religii pomysł, że Bóg mógłby wyglądać jak małpa nie bardzo się podobał, ale we mnie to zakiełkowało. Od tamtego czasu w wolnych chwilach w swoich szkicownikach próbuję uchwycić w wizerunku małpy coś wyjątkowego. W boskich przedstawieniach jest taka moc i siła spojrzenia, ta boskość nas wyróżnia i każe nam o sobie myśleć jako o nad-zwierzętach. Koncepcja człowieka zmieniała się  na przestrzeni dziejów i nadal pewnie będzie się zmieniać. Zazwyczaj do ludzi zaliczani byli tylko ci z tego samego gatunku albo twierdzono, że dusza mieszka tylko w idealnym ciele. Jakieś 10 lat temu naukowcy uznali szympansy za prawie ludzi. W tym samym czasie Pigmeje w Kongo, traktowani jako podludzie, byli bezkarnie zabijani przez sąsiadów kanibali i rebeliantów. Wszystkie te umiejętności, które miały nas charakteryzować jako nad-zwierzęta, jak posługiwanie się językiem, wytwarzanie narzędzi, wyobraźnia symboliczna, samoświadomość, nie są wcale naszą wyłącznością. Nie tylko zastanawiam się nad definicją człowieka, choć to na pewno mnie inspiruje, chciałabym odebrać człowiekowi wyłączność do posiadania duszy, abyśmy mieli ją wszyscy, także przedstawiciele innych gatunków, albo by nie miał jej nikt. Chcę spróbować pokazać zwierzęta jako osoby. Hindusi zrobili pierwszy krok z delfinami, ja skupiam się na tych nam genetycznie najbliższych – małpach. Nie wiem na razie dokładnie, jak projekt będzie wyglądał finalnie, póki co szukam, rysuję i maluję. Możliwe, że skupię się na najważniejszych przedstawicielach społeczności „osób nie ludzi” z rodziny człekokształtnych. Na przykład samica Imo, makak, która w latach 50. dokonała niemal przełomowego dla swojego gatunku odkrycia. Makaki, które jadły pszenicę rzucaną przez ludzi na piasek, nie potrafiły oddzielić jej od piasku. Ona zaczęła wrzucać wszystko razem do wody i wykorzystując szybsze opadanie piasku, zbierała ziarno z wody. Praktyka rozpowszechniła się w całej grupie i do dziś jest stosowana przez makaki, Imo dokonała więcej takich odkryć.

 

Honorata Martin – mieszka i pracuje w Gdańsku. Posługuje się wieloma mediami, często angażując się performatywnie. Ukończyła malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku u prof. Mieczysława Olszewskiego ze specjalizacją intermedia u Wojciecha Zamiary.  Jej najnowszą pracę Wyjście w Polskę można oglądać na wystawie Co widać. Polska sztuka dzisiaj w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

Korzystając z serwisu internetowego Fundacji Bęc Zmiana wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Pliki cookie możesz zablokować za pomocą opcji dostępnych w przeglądarce internetowej. Aby dowiedzieć się więcej, kliknij tutaj.