DOŚĆ GADANIA? O PARTYCYPACJI KONKRETNEJ

Aktywiści miejscy są ostatnio rozczarowani, głównie efektami dialogu z władzą. I w tym rozczarowaniu dzielą się na dwie grupy. Jedna z nich kandyduje i interesuje mnie tu mniej. Druga, nieco zapomniana, chwyta za miotły, łopaty, kubły z wodą, sekatory, zamiata, sadzi, tynkuje, karczuje, buduje, pomaga nosić torby. Niestety nie jest to polski romantyczny urbanizm w wersji „zrób to sam”, to nasz własny dziki zachód, nieustannie potrzebujący obywateli, którzy jak Clint Eastwood nie mówią zbyt wiele, nie idą po władzę, ale wkraczają tam, gdzie ona nie może, lub nie chce. A przy tym dobrze sią bawią. Czy to wystarczy, żeby zmienić polskie miasta? – pyta socjolog Maciej Frąckowiak.

 

Ostatnie miesiące obrodziły w przykłady pokazujące, że kończy się w polskich miastach jakiś okres utożsamiania partycypacji z konsultowaniem, czy jakąkolwiek inną werbalną formą dialogu. Bezwarunkowa miłość do rozmowy jako jedynej formy zaangażowania w wytwarzanie miasta nigdy nie była zresztą problemem samych mieszkańców – czego dowodzi chociażby fenomen niewidzialnego miasta1. Porzucenie gadania, czy też w ogóle pracy na symbolach na rzecz pracy fizycznej, nie jest też w przestrzeni publicznej żadnym nowym gestem konceptualnym, wcześniej wielokrotnie był on eksploatowany na polu sztuki, chociażby przez Josepha Beuysa. Zmiana polega raczej na tym, że z tej rozmowy celowo rezygnują także miejscy aktywiści, stowarzyszenia czy fundacje, jakby trochę znudzone i zawiedzione rezultatami rozgadania, kończącego się zbyt często jedynie na wyrażaniu opinii.

Grabienie, wysiewanie, mycie dworców, budowanie uli, obcinanie reklam cążkami do paznokci –takie działania, choć często realizowane na półdziko, czasem bez żadnych pozwoleń, jednak wydają się uprawomocnione. Stoi za nimi przekonanie, że przestrzeń publiczna to dobro wspólne, w którym zachodzą niepokojące zjawiska, a instytucje publiczne nie są w stanie zaprowadzić porządku, bo – jak w westernach – ręce mają za krótkie, albo wiąże je im prawo, lub jakieś „układy”. Dochodzi do tego konstatacja, że popularne, grzeczne formy obywatelskiego interweniowania, jak skargi, listy czy konsultacje raczej szkodzą, niż pomagają, bo zamiast podejmować inicjatywę – ustępują pola władzy2.

Miejscy partyzanci żywią więc przekonanie, że rację mają po swojej stronie, że środki, którymi się posługują podyktowane są koniecznością, że na ich działaniach stracić mogą tylko „złole” parkujący lub wieszający reklamy w niedozwolonych miejscach, że zwykli ludzie wspierają ich starania, identyfikują się z nimi, choć nie mają czasu czy odwagi, by samemu zacząć coś robić. Wszystko to sprawia, że aktywiści mogą czuć się usatysfakcjonowani swoją rolą bohatera, który – jak pewien student zatrzymany ostatnio przez Policję za obcinanie reklam – ponosi indywidualne koszty dla dobra ogółu. Dodajmy: bohaterem zauważonym, bo mandat za samowolkę może nosić jak gwiazdę szeryfa.

Nie ma się co czarować. Ta półlegalność czy przynajmniej niekonwencjonalność działań sprawia też frajdę, bo możliwość rozstrzygania, przywracania porządku, pozwala się przekonać o własnej skuteczności – a to zawsze jest przyjemne. Łatwo sobie wyobrazić emocje, które temu towarzyszą: ekscytujące wrażenie posiadania przez chwilę w rękach „realnej” władzy. Takie działania po prostu dają większego kopa. Oznaczają one jednak także, że zapotrzebowanie na podobne formy zaangażowania wyrasta nie tyle z codziennej pewności, co do swojej siły, co raczej z poczucia niemocy. Wspólne odmalowanie klatki, wytynkowanie elewacji czy porobienie nasadzeń staje się tu pretekstem do przekonania się o własnym wpływie, bo prowadzi do rzadkiej możliwości cielesnego zaangażowania się w fizyczny wymiar przestrzeni publicznej, wprowadzenia w nią śladów swojej woli. Za poszukiwaniem takiego materialnego echa, możliwością przeorania, rwania, skrobania tęsknią być może najbardziej ci, których aktywizm realizuje się przede wszystkim w przestrzeni symbolicznej.

Pytanie też na ile rozmaite formy partycypacji wyrastają rzeczywiście ze specyficznej wizji miasta, a na ile wynikają raczej z braku wyraźnie zakreślonego horyzontu, są dowodem na nieobecność jakiegoś pomysłu na miasto. Na ile stanowią odpowiedź na potrzebę działania, zmiany, ale realizowaną w warunkach braku przekonania, co do jakiejś konkretnej systemowej alternatywy dla obecnego porządku, oraz środków, jakimi można by go zmienić. Mógłbym być radnym, ale nie chcę, bo nie wiem, co dałoby się poprawić. Mógłbym narzekać na rynek, ale ten globalny nie ma nawet „skrzynki zażaleń”.

Taki rodzaj partycypacji, który ma charakter reaktywny, chce korygować ewidentne braki – chociażby w infrastrukturze – przypomina audyt. Forma, która pozwala się zaangażować, poczuć sens działania – dostrzec go w przekopanym kawałku ogródka, bolących plecach czy rękach –jednocześnie umożliwia redukcję oczekiwań, a więc i odpowiedzialności. Zwalnia z konieczności odpowiadania na pytanie, co potem. Partycypacja konkretna byłaby w tym ujęciu rodzajem polityki prostoty w znaczeniu, jakie nadał temu pojęciu Marek Krajewski3. Nic dziwnego, że takie formy aktywności stają się tym bardziej popularne, im bardziej kłopotliwe staje się snucie refleksji w świecie, którego dynamikę coraz trudniej przewidzieć. A posprzątać czy posadzić drzewo zawsze warto.

Interwencje w małej skali są oczywiście bardzo potrzebne. Pozwalają dostosować przestrzeń do podstawowych wymagań mieszkańców. Skutkiem brania spraw we własne ręce są wtedy drobne, ale istotne korekty miejskiej infrastruktury, przynoszące ulgę tym, którzy z niej korzystają. Pytanie jednak, czy partycypacja konkretna jest w stanie przyczynić się do szerszej zmiany miejskiego porządku. Takiej, która wykroczyłaby poza wybrane podwórka, czy fragmenty ulic, stając się remedium na niesprawnie działające urzędy i instytucje. Trudno sobie w końcu wyobrazić, by mieszkańcy w ramach troski o bliską im przestrzeń całkowicie przejęli odpowiedzialność za kwestie takie jak jakość elewacji, porządek na ulicach, czy troszczyli się o miejską zieleń jako taką. W tym kontekście partycypacja konkretna jawi się raczej jako happening, którego celem jest zawstydzenie instytucji i w ten sposób nakłonienie jej organów do lepszej pracy. Można ją też porównać do ochotniczej straży pożarnej pomagającej gasić pożary tam, gdzie nikt inny nie dojedzie. Precedens tyleż krzepiący, co niebezpieczny – dostarczający dowodów na to, że gdy władza na jakimś obszarze ponosi – także z własnej winy – porażkę, to zawsze może się odwołać do społecznych rezerw.

Obawy mogą też budzić trzy inne kwestie dotyczące partycypacji konkretnej, paradoksalnie będące wynikiem jej największej zalety: hiperlokalności. Na pierwszą z nich zwrócił kiedyś uwagę Krzysztof Nawratek. Zdaniem urbanisty, większość problemów związanych z jakością miejskiej przestrzeni – także tych, w które wymierzone są konkretne formy partycypacji – wynika z utraty przez miasto podmiotowości rozumianej jako instytucjonalna i prawna zdolność do stanowienia, egzekwowania reguł4, takich jak na przykład ilość, kształt czy usytuowanie nośników reklamowych. Załatwianie spraw na własną rękę, częściowe przejmowanie publicznych zobowiązań przez różne grupy mieszkańców wcale nie poprawia tej sytuacji. Zwiększa raczej bezwolność miejskich instytucji, mnoży aktorów, którzy działają osobno, utrudnia koordynację i wprowadzanie całościowych rozwiązań, powiększa chaos.

Drugie niebezpieczeństwo wiąże się z dobrowolnym redukowaniem skali działania do niewielkiego fragmentu przestrzeni. Skutkiem przekonania, że skutecznie zmieniać można tylko to, co niewielkie, czego kształt zależy tylko od naszej pary w rękach, może być ograniczanie zakresu działań do obszaru, budzącego osobisty sentyment, a także pozór odzyskiwania nad nim kontroli. Przypomina to pobudki osób, które kiepsko czują się w swoim mieszkaniu, ale nie bardzo mogą je zmienić, więc próbują trzymać w nim idealny porządek, żeby odzyskać spokój ducha; mieć wrażenie, że panują nad sytuacją. Pragnienie robienia czegoś konkretnie, fetyszyzowanie takich taktyk działania, prowadzić może do sytuacji, w której robi się bardzo niewiele i w bardzo ograniczonym zakresie. Opór i bunt wyrażany przez tego rodzaju praktyki nie tyle prowadzi do jakiś strukturalnych zmian, ile pomaga pogodzić się z obecną sytuacją, nie ujawniając problemu poza murami konkretnej kamienicy.

Partycypacja konkretna sprzyjać może także redukowaniu listy „spraw do załatwienia” do kwestii, z którymi można się uporać za pomocą interwencji w materialność miasta czy jego infrastrukturę. Co więcej, partycypacja konkretna mimochodem popularyzuje myślenie minimalizujące skalę tych przedsięwzięć. Ty samym doskonale współgra z coraz popularniejszymi w polskich miastach założeniami nowej urbanistyki – na co zwraca uwagę Kacper Pobłocki5: jej ograniczone ambicje, sprowadzają planowanie przestrzenne czy rewitalizację do ustawiania ławek, fontann, stojaków na rowery, co trudno traktować jako wystarczającą odpowiedź na obecne problemy polskich miast. Jednocześnie, jest to forma myślenia o mieście zwalniająca rozmaite władze z konieczności odważnego angażowania się w większe projekty modernizacyjne. W pewnym sensie więc, usprawiedliwia ona brak inwestycji dających szansę na poprawę jakości życia mieszkańców w większej skali.

Listę zagrożeń wpisanych w partycypację konkretną łatwo mnożyć. Do już wymienionych dodać te, wiążące się z wyniosłością, czy poczuciem moralnej przewagi udzielającej się często tym, którzy postanowili działać. A prawda jest taka, że czasem ucierpieć mogą na niej nie tylko właściciele reklam, ale i dzieciaki, które na klepisku zamienionym w ogród grały wcześniej w piłkę, albo autorzy streetartu, zamalowanego w ramach oddolnej akcji czyszczenia.

Niepokojący może być też resentyment, obecny chociażby w akcjach zakładania ogrodów społecznych, kiedy to troska o rośliny – wbrew pozorom wymagająca wiele wysiłku i zaangażowania – zamiast być pretekstem, staje się metaforą pożądanych relacji sąsiedzkich, które winniśmy systematycznie podlewać i pielęgnować, jak te nowe rabaty pod oknem. Model relacji, który staramy się za pomocą takich działań wygenerować, może zniechęcać, bo dla wielu okazuje się zbyt zobowiązujący.

W partycypacji konkretnej drzemie też mnóstwo bardziej lub mniej zasadnych powodów do uszczypliwości. Można z niej kpić wskazując, że to zbiór miejskich anegdot. Widzieć w niej formę resocjalizacji miejskich aktywistów, którzy konkretnych, zmaterializowanych efektów swoich działań – jako pewnej formy dowartościowania po latach pisania listów, tekstów krytycznych i udzielania się w prasie – potrzebują bardziej, niż społeczność lokalna. Dowcipkować, że to hipsterski aktywizm, dobry dla tych, którzy z pozorowanego buntu uczynili codzienny rytuał i element miejskiego stylu życia: chcą uspołeczniać, bo sami czują się odcięci od innych, aktywizować, żeby samemu wreszcie poczuć, że coś robią, popracować rękoma i trochę się spocić, żeby potem wrzucić fotkę na Instagram. Koniec końców można też powiedzieć: ta cała materialność, mięsność czy konkretność tego typu interwencji obliczona jest na wizualny, symboliczny efekt, na komunikat adresowany do różnych przestrzeni dyskursu.

Partycypację konkretną łatwo zbyć, podważając jej sens. Szczególnie gdy nieustannie oczekujemy od niej, by była bardziej na serio, bardziej zdecydowana, skuteczna, bardziej kaloryczna czy bardziej autentyczna. Bardziej niż inne formy zaangażowania konkretna – w znaczeniu, w jakim schabowy jest bardziej konkretny niż sałatka. Patrząc na rzecz w ten sposób, partycypacji konkretnej zawsze będzie za mało, albo będzie podejrzana. Paradoksalnie jednak jej największa wartość leży w tym, co niematerialne. Stąd skutków, jakie ona generuje, powinniśmy poszukiwać zupełnie po innej stronie, niż przyczyn, które ku niej skłaniają.

Partycypacja konkretna, inaczej niż inne formy obywatelskiego zaangażowania, podkreśla cielesny wymiar aktywizmu. Nie chodzi tu jedynie o integrację doświadczenia, a więc łączenie pewnych wyobrażeń co do pożądanego kształtu przestrzeni z wolą pracy na rzecz dobra wspólnego oraz satysfakcją płynącą z wysiłku fizycznego i poczuciem sensowności podejmowanych działań, ale też o inkluzywność, pozwalającą zaangażować w proces zmian tych, którzy nie lubią deliberować, więc unikają chociażby konsultacji społecznych czy pisania petycji. Fakt, że przykłady partycypacji konkretnej prowadzą do drobnych, ale łatwo dostrzegalnych interwencji w przestrzeni sprawia z kolei, że w działaniach tych wciąż mają ochotę wziąć udział także osoby rozczarowane trudnymi do zaobserwowania efektami innych form partycypacji.

Przede wszystkim jednak, partycypacja konkretna, a więc aktywności w rodzaju sadzenia drzew, tynkowania zaniedbanych elewacji czy budowania miejsc spotkań są ważne, ponieważ pokazują, że przestrzeń wspólna nie jest wirtualna, nie stanowi wyłącznej domeny ekspertów i władz, nie jest też z cukru, więc można w niej eksperymentować do woli. Kto oglądał 300 ten wie, że z partycypacją konkretną może być jak ze strzałą Leonidasa, która zraniła oblicze Kserksesa, dodając spartanom wiary, że można z nim walczyć, bo nie jest Bogiem.

Fakt, że możemy przestrzeń miejską napocząć, nadgryźć, podłubać w niej palcem, pozwala „poczuć krew” – nabyć przekonania, że można ją przeobrażać, że nie zawsze jest to szczególnie trudne i kosztochłonne, że powinniśmy tego oczekiwać od urzędników i instytucji, ale także że sami mamy do tego prawo. Mało kto życzyłby sobie – chociaż takie założenie wszyte jest w część obecnych narzekań, upatrujących w opisywanych tu działaniach jedynie odpowiedzi na wadliwie działające instytucje – by władza była obecna wszędzie, i uwijała się przy nas jak przy dziecku, meblując w zupełności nasz codzienny świat. W rezultacie, może przesadzone są też te wszystkie głosy, które chciałyby każdą z takich akcji trwale wiązać z jej zdolnością do przeobrażania ogólnomiejskiej polityki. Bo czy każda polityka w mieście musi być konstruowana świadomie, czy zawsze musi się odnosić do skali makro? Może właśnie nie musi.

W końcu, podobne akcje upewniają nas także, co do tego, że popularne są dzisiaj przede wszystkim te formy miejskiego oporu czy współdziałania, które – poza wszystkim innym – dostarczają nam emocji; poza satysfakcją sprawiają też frajdę, choćby cielesną. Zwykle się tego, adrenalinowego wymiaru aktywizmu wstydzimy, tak jakby nie mieścił się w uświęconej i poważnej czynności, jaką jest obywatelskie zaangażowanie. Może zamiast opowiadać sobie farmazony, pora zacząć się go domagać. Od siebie, ale i od organizatorów różnych partycypacyjnych przedsięwzięć. Nuda to w końcu podstawowy instrument, którym na co dzień zniechęca się nas do uczestnictwa. Nikt nie policzy osób, które podczas tych wszystkich konsultacji, debat czy dyskusji, zarysowały całe zeszyty, albo przysnęły, wychodząc z przekonaniem, że już lepiej było się wyspać w domu. I że następnym razem tak właśnie zrobią.

 

MACIEJ FRĄCKOWIAK - socjolog, zainteresowany aktywnością i bezczynnością społeczną w miastach, a także obrazem, który próbuje traktować jako narzędzie i pretekst do badań oraz zmiany relacji społecznych. Doktorant w Instytucie Socjologii UAM.

1 Niewidzialne miasto – to projekt badawczy zainicjowany przez Marka Krajewskiego, polegający na prezentacji i analizie spontanicznych form twórczej aktywności obecnej w miejskiej przestrzeni. Strona internetowa projektu: www.niewidzialnemiasto.pl. Efektem przedsięwzięcia była też książka analizująca fenomen oddolnych, nieskonwencjonalizowanych interwencji w przestrzeni w największych polskich miastach, zob. Niewidzialne Miasto, M. Krajewski (red.), Bęc Zmiana, Warszawa 2012.

 

2 Mało kto się nimi przejmuje, są niekonkluzywne, z perspektywy rozmaitych władz takie formy konsultacji to często jedynie sposób na to, by zniechęcić do uczestnictwa w procesie podejmowania decyzji, rozproszyć odpowiedzialność, kupić trochę czasu i mieć pretekst by przez jakiś czas nic musieć nie robić. Taki pogląd coraz częściej spotkać można także u krytyków obecnych form współudziału w decydowaniu, zob. np. M. Miessen, Koszmar partycypacji, Bęc Zmiana, Warszawa 2013. Sam Miessen, zresztą, także posługuje się – przynajmniej w polskim tłumaczeniu – pojęciem partycypacji konkretnej, ale w trochę innym kontekście, niekoniecznie po to żeby wskazać na cielesno-materialny aspekt takich interwencji.

 

3 Zob. Tegoż „Przeciwzłożoność. Polityki prostoty, w: Studia Socjologiczne 4/2013, s. 37-50.

 

4 Zob. K. Nawratek, Dziury w całym. Wstęp do miejskich rewolucji, Krytyka Polityczna, Warszawa 2012.

 

5 „Prawo do odpowiedzialności”, w: M. Miessen, Koszmar Partycypacji, s. 7-35.

 

Korzystając z serwisu internetowego Fundacji Bęc Zmiana wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Pliki cookie możesz zablokować za pomocą opcji dostępnych w przeglądarce internetowej. Aby dowiedzieć się więcej, kliknij tutaj.